.RU

Rozdział XII - Dziwne losy Jane Eyre Rozdział I

Rozdział XII


Zapowiedź pogodnego bytowania, która zdawała się kryć w miłym przyjęciu zgotowanym mi w Thornfield Hall, nie zawiodła przy dłuższym zaznajomieniu się z dworem i jego mieszkańcami. Pani Fairfax okazała się taką, jaką się wydawała, kobietą równego usposobienia, dobrotliwą, przyzwoitego wykształcenia i przeciętnej inteligencji. Moja uczennica była dzieckiem żywym, rozpieszczanym, nawykłym do pobłażania i dlatego niekiedy kapryśnym. Ponieważ została powierzona wyłącznie mojej opiece i żadne inne nierozsądne wpływy nie przeszkadzały mi w pracy nad nią, zapomnniała wkrótce o małych wybrykach, stała się posłuszna i chętna do nauki. Nie miała wielkich zdolności ani wybitnych rysów charakteru, ani szczególnie rozwiniętych uczuć lub upodobań, co wznosiłoby ją ponad poziom rówieśniczek; ale nie było też w niej żadnych usterek ani złych skłonności, które by ją stawiały poniżej tego poziomu. Robiła odpowiednie postępy, miała dla mnie żywe, choć może nie nazbyt głębokie przywiązanie, a ja lubiłam ją dla jej prostoty, wesołego szczebiotu, chęci dogadzania mi, i dobrze nam było z sobą.

To, co mówię - nawiasem - wydać się może zbyt chłodnym określeniem osobom głoszącym uroczyste teorie o anielskiej naturze dzieci i o obowiązku wychowawców odczuwania do dzieci bałwochwalczego przywiązania. Ja jednakże nie piszę dla schlebiania rodzicielskiemu egoizmowi lub z chęci wygłaszania obłudnych frazesów i nonsensów; po prostu mówię prawdę. Dbałam sumiennie o dobro Adelki, o jej postępy i lubiłam tę małą osóbkę; zupełnie tak samo, jak byłam wdzięczna pani Fairfax za jej dobroć i w jej towarzystwie znajdowałam przyjemność odpowiednią do jej spokojnego uznania dla mnie i umiarkowanej skali jej umysłu i charakteru.

Niech mnie zresztą zgani, kto zechce, gdy dodam jeszcze, że niekiedy, gdy przechadzałam się sama po ogrodzie, gdy dochodziłam do bramy i wyglądałam na drogę albo też, gdy Adelka bawiła się z boną, pani Fairfax smażyła galaretki, a ja, wyszedłszy na trzecie piętro, podnosiłam klapę na strychu i wydostawałam się na dach - że wtedy, patrząc w dal ponad pola i wzgórza na mglistą linię widnokręgu, pragnęłam mieć siłę wzroku, która by sięgnęła poza te granice, która by dotarła do ruchliwego świata, do miast pełnych życia, o których słyszałam wprawdzie, lecz nie widziałam nigdy - że wtedy pragnęłam więcej poznać i doświadczyć, więcej mieć stosunków z ludźmi, zaznajomić się z większą rozmaitością typów, niż mi było dane. Ceniłam to, co było dobre w pani Fairfax i w Adelce, ale wierzyłam, że istnieją inne i żywsze rodzaje dobrego, a to, w co wierzyłam, pragnęłam zobaczyć.

Kto może mieć mi to za złe?

Wielu niezawodnie, i ci nazwą mnie malkontentką. NIe moja jednak była to wina. Niepokój leżał w mojej naturze, wzburzał mnie niekiedy do bólu. Wtedy doznawałam ulgi chodząc wzdłuż korytarza trzeciego piętra tam i z powrotem, bezpieczna w ciszy i samotności, i pozwalając wyobraźni zajmować się jasnymi wizjami, jakie się przed nią jawiły - a liczne one były i promienne. Lubiłam gorączkowe bicie serca, które, co prawda, napełniało je niepokojem, ale też i życiem; a najbardziej kusiło mnie przysłuchiwanie się nigdy nie kończącej się opowieści, którą bez przerwy snuła moja wyobraźnia; opowieści tętniącej wypadkami, życiem, ogniem, uczuciem - wszystkim, czego pragnęłam, a czego w rzeczywistości nie posiadałam.

Daremnie byłoby mówić, że istoty ludzkie powinny zadowolić się spokojem: potrzebują działania - a jeżeli nie mogą go znaleźć, stwarzają je sobie.

Miliony skazane są na cichszy los od mego i miliony w milczeniu buntują się przeciwko swemu losowi. Nikt nie wie, ile buntów - prócz buntów politycznych - fermentuje w tłumach zaludniających świat.

Kobiety uważa się na ogół za bardzo spokojne istoty, ale kobiety czują tak samo jak mężczyźni; potrzebują ćwiczeń dla swych zdolności, pola dla swych wysiłków nie mniej niż ich bracia; cierpią, gdy są zbyt skrępowane, cierpią w bezwzględnym zastoju zupełnie tak samo, jak cierpieliby mężczyźni; i ciasnotą umysłu grzeszą ich bardziej uprzywilejowani bracia, którzy twierdzą, że kobiety powinny się ograniczyć do gotowania puddingów, robienia pończoch, grania na fortepianie i haftowania. Bezmyślnością jest potępiać je albo śmiać się z nich, jeżeli starają się robić więcej albo nauczyć więcej, niż zwyczaj wymaga dla ich płci.

Chodząc tak w samotności, nierzadko słyszałam śmiech Gracji Poole: ten sam wybuch, to samo ciche, powolne cha! cha! które słyszane po raz pierwszy przejęło mnie dreszczem.

Słyszałam także jej dziwaczne mamrotanie - dziwaczniejsze nawet niż jej śmiech. Były dni, gdy była zupełnie milcząca; ale kiedy indziej wcale nie mogłam zrozumieć wydawanych przez nią odgłosów. Niekiedy zdarzało mi się ją widywać: wychodziła z pokoju z miednicą i talerzem albo z tacką w ręku, schodziła do kuchni i zaraz wracała (o, romantyczny czytelniku, wybacz mi słowa brzydkiej prawdy) zazwyczaj niosąc dzbanek porteru. Widok jej działał zawsze jak tłumik na ciekawość podnieconą jej głosowymi dziwactwami: o rysach grubych i tępych nie miała w sobie nic zajmującego. Próbowałam parę razy wciągnąć ją w rozmowę, ale była małomówna; krótka odpowiedź zazwyczaj udaremniała wszelkie usiłowania dalszej pogawędki.

Inni domownicy, mianowicie John i jego żona, Lea, pokojowa, i Sophie, bona francuska, byli to wszystko ludzie przyzwoici, ale pod żadnym względem nie wybitni; z Sophie rozmawiałam po francusku i niekiedy wypytywałam się o jej kraj rodzinny. NIe miała ona jednak daru opisywania ani opowiadania i dawała najczęściej odpowiedzi tak puste i mętne, że to raczej zniechęcało, niż zachęcało do pytań.

Tymczasem upłynął październik, listopad i grudzień. Pewnego styczniowego popołudnia poprosiła mnie pani Fairfax o darowanie Adelce poobiednich lekcji z powodu kataru, jakiego się nabawiła. Zgodziłam się chętnie, zwłaszcza gdy Adelka gorąco poparła tę prośbę przypominając mi przez to, z jaką radością za lat dziecinnych witałam każdą trafiającą się rekreację. Był to piękny dzień, spokojny, chociaż bardzo zimny; zmęczona byłam przesiedziawszy w bibliotece całe długie przedpołudnie; pani Fairfax właśnie napisała list, który czekał okazji, by go zaniesiono na pocztę, więc włożyłam kapelusz i płaszcz i ofiarowałam się odnieść go do Hay; odległość dwu mil stanowiła miły spacer na zimowe popołudnie. Usadowiwszy Adelkę wygodnie na krzesełku przy kominku w saloniku pani Fairfax i podawszy jej do zabawy najlepszą lalkę woskową (którą zazwyczaj trzymałam w szufladzie zawiniętą w srebrny papier) oraz dla odmiany książkę z powiastkami, pocałowałam ją na pożegnanie i wyszłam.

Grunt był stwardniały, powietrze spokojne, droga samotna. Szłam szybko, dopóki się nie rozgrzałam, a wtedy zwolniłam kroku, by nacieszyć się i zastanowić nad przyjemnnością, jaką mi dawała ta chwila i wiedok dokoła. Była godzina trzecia; zegar kościelny wybijał ją, gdy mijałam dzwonnicę. Urok tej godziny leżał w bliskim zmierzchu, w niskich, bladych promieniach słońca. Znajdowałam się o milę od Thornfield, na ścieżce znanej latem z obfitości róż polnych, jesienią z orzechów i jeżyn, a nawet teraz posiadającej pewne kolorowe skarby w postaci głogów. Ale najmilszy czar zimowy tej okolicy polegał na zupełnej samotności i bezlistnej ciszy. Powiew nie wydawał tu wcale odgłosu; nie było tu bowiem ani jednego krzaczka ostrokrzewu czy bluszczu, który by mógł zaszemrać, a odarte z liści głogi i krzaki leszczyny ciche były jak te białe, zdeptane kamienie, którymi wysypany był środek ścieżki.

Blisko i daleko po obu stronach drogi widać było tylko pola, na których pasło się bydło, a małe, brunatne ptaszki, ruszające się niekiedy w bezlistnym żywopłocie, wyglądały jak rdzawe zeschłe liście, które zapomniały opaść.

Dróżka ta szła pod górę przez całą drogę do Hay; doszedłszy do tej połowy, siadłam na przełazie prowadzącym stąd na pole.

Ogarniając się szczelnie płaszczem i chroniąc ręce w mufce, nie czułam zimna, choć mroziło porządnie; dowodził tego lód pokrywający ścieżkę, na którą mały strumyk, obecnie zamarznięty, wylał był po raptownej odwilży parę dni temu.

Z miejsca, gdzie siedziałam, mogłam patrzeć na Thornfield; szare, blankami uwieńczone mury dworu były głównym przedmiotem rzucającym się w oczy w dolinie pode mną; lasy i drzewa z gniazdami wronimi wznosiły się na tle nieba na zachodzie.

Patrzyłam, dopóki słońce nie zaszło za drzewa i nie zatonęło w nich czerwone i jasne. A wtedy spojrzałam na wschód.

Spoza szczytu wzgórka nade mną wynurzał się wschodzący księżyc; jeszcze blady jak chmurka, nabierał światłości z każdą chwilą i świecił nad Hay, które, wpółukryte w drzewach, słało niebieskie dymy z nielicznych kominów; było jeszcze o milę odległe, ale w tej bezwzględnej ciszy mogłam dosłyszeć słabe odgłosy życia idące stamtąd. Ucho moje chwytało także szmery płynących potoków, w jakich dolinach czy zagłębieniach - nie wiedziałam sama, ale wiele było wzgórków poza Hay i niewątpliwie wiele strumieni w wąwozach pomiędzy nimi. W ciszy wieczornej słyszało się plusk najbliższych i szum dalekich strumieni.

Jakiś szorstki odgłos wpadł nagle między te delikatne pluskoty i szmery, równocześnie bardzo daleko i wyraźnie: głośny tupot, chrzęst metaliczny zgasił cichutkie szepty płynących fal, tak jak na obrazie potężna masa skał albo surowy zarys wielkiego dębu, ciemny i silnie zaznaczony na przednim planie, zaciera zwiewną odległość lazurowych wzgórz, słonecznego widnokręgu i skłębionych chmur, gdzie barwa stapia się z barwą.

Stuk rozległ się na ścieżce: stuk kopyt końskich; zakręty drogi jeszcze ukrywały jeźdźca, ale przybliżał się. Miałam właśnie zejść z przełazu, ale ponieważ ścieżka była wąska, zostałam na miejscu, żeby koń mógł mnie minąć. Młoda byłam wówczas i rozmaite fantazje, wesołe i ponure, snuły mi się w głowie: wspomnienia bajek opowiadanych niegdyś w dziecinnym pokoju; gdy wracały w pamięci, dojrzewająca młodość dodawała im siły i wyrazistości, jakiej im wiek dziecinny udzielić nie potrafił. Gdy się ten koń przybliżał, a ja czekałam, czy rychło się ze zmierzchu wyłoni, przypomniały mi się niektóre opowiadania Bessie o duchu z północnej Anglii, imieniem Gytrash, który pod postacią konia, muła albo wielkiego psa straszył na pustych, samotnych drogach, a niekiedy objawiał się spóźnionym podróżnym, właśnie jak ten koń miał się objawić mnie.

Bardzo już był blisko, ale jeszcze dla mnie niewidoczny; wtedy oprócz tupotu kopyt końskich usłyszałam szurgnięcie pod płotem i tuż blisko pod krzakami leszczyny przesunął mi się wielki pies, dzięki czarno_białemu zabarwieniu widoczny wśród drzew. Była to dokładnie jedna z postaci Gytrasha - stworzenie podobne do lwa, długowłose, wielkogłowe.

Minęło mnie jednak wcale spokojnie, nie zatrzymując się, by spojrzeć mi w twarz dziwnymi, nadpsimi oczami, jak się tego prawie spodziewałam. Za nim podążał koń - rosły wierzchowiec, na którym siedział jeździec. Mężczyzna, ludzka istota, od razu spłoszył czary.

Nikt nigdy nie dosiadał grzbietu Gytrasha, był zawsze sam; a duszki, o ile wiedziałam, choć mogły przyoblekać nieme ciała zwierząt, nigdy nie szukały schronienia w pospolitym kształcie ludzkim. Nie był to więc żaden Gytrash, tylko podróżny, który wybrał tędy krótszą drogę do Millcote.

Przejechał, a ja poszłam dalej; parę kroków uszłam zaledwie, gdy musiałam się obejrzeć, usłyszawszy zgrzyt pośliznięcia się, okrzyk: „A cóż to, u pioruna?”, i odgłos upadku.

Jeźdźca i konia ujrzałam teraz na ziemi; koń pośliznął się na zlodowaciałej powierzchni ścieżki. Pies zawrócił w podskokach, a widząc swego pana w tym położeniu i słysząc stękanie konia, rozszczekał się tak, że aż wzgórza odpowiadały mu echem. Zrazu węszył dokoła leżących, a potem podbiegł do mnie; nie mógł nic innego zrobić, wyraźnie wzywał mnie na pomoc. Usłuchałam go i zbliżyłam się do podróżnego, który tymczasem usiłował wydostać się spod konia. Wysiłki jego tak były energiczne, że pomyślałam, iż wielkiej sobie krzywdy widocznie nie zrobił; zapytałam go jednakże:

- Czy panu się co stało?

Zdaje mi się, że klął pod nosem, choć nie jestem tego pewna; w każdym razie coś tam mamrotał, co mu przeszkodziło odpowiedzieć mi od razu.

- Czy mogłabym może w czym pomóc? - zapytałam znowu.

- Niech pani stanie na boku - odpowiedział podnosząc się najpierw na kolana, a potem na nogi. Usunęłam się; po czym zaczęło się dźwiganie, tupanie, chrzęst, nawoływanie przy wtórze takiego szczekania, że istotnie odstąpiłam o kilka kroków, nie mogłam się jednak zupełnie dać odpędzić, chcąc się wpierw przekonać, jak się to skończy.

Rezultat ostatecznie wypadł szczęśliwie; koń stanął, pies na komendę: „leżeć, Pilot!”, uciszył się nareszcie. Teraz podróżny, nachyliwszy się, zaczął obmacywać stopę i nogę, jak gdyby badał, czy są całe; widocznie coś go bolało, gdyż przytrzymywał się przełazu, skąd ja właśnie wstałam, i usiadł.

Pragnęłam być użyteczna lub przynajmniej usłużna, więc przybliżywszy się powiedziałam:

- Jeżeli pana coś boli i potrzebuje pan pomocy, mogę panu sprowadzić kogo z Thornfield Hall albo z Hay.

- Dziękuję, dam sobie radę, nie mam złamanych kości, to tylko zwichnięcie - i znowu wstał i próbował nogi, ale przy tym mimo woli wyrwało mu się:

„Ach!”

Światło dzienne niezupełnie jeszcze zgasło, a i księżyc świecił jasno; widziałam go teraz wyraźnie. Postać jego otulał płaszcz do konnej jazdy z futrzanym kołnierzem i stalową klamrą; w ogólnych zarysach mogłam dojrzeć, że jest to mężczyzna średniego wzrostu i bardzo szeroki w barach. Ciemną miał twarz o surowych rysach i nasępionym czole; oczy jego i ściągnięte brwi miały w tej chwili wyraz rozdrażniony i gniewny; był nie pierwszej młodości, ale nie doszedł jeszcze średniego wieku; mógł liczyć ze trzydzieści pięć lat.

Nie bałam się go i nawet nie bardzo mnie onieśmielał. Gdyby był przystojnym młodzieńcem, o bohaterskiej powierzchowności, nie byłabym się odważyła tak stać przed nim, wypytywać go wbrew jego woli i ofiarowywać mu się z usługami nieproszona. Nie wiem, czy kiedy w życiu widziałam przystojnego młodzieńca, a nigdy w życiu z żadnym nie rozmawiałam. Miałam teoretyczne uznanie i respekt dla piękności, elegancji, rycerskości, wdzięku; gdybym jednak natknęła się na te zalety, wcielone w postać męską, odczułabym instynktownie, że taki mężczyzna nie może sympatyzować z niczym, co było we mnie, i unikałabym go tak, jak się unika ognia, pioruna i wszystkiego, co świeci jasno, ale jest antypatyczne.

Gdyby choć ten nieznajomy był się uśmiechnął i okazał mi dobry humor, gdy się do niego zwróciłam; gdyby ofiarowaną mu pomoc odrzucił był wesoło i z podziękowaniem, byłabym sobie poszła nie wznawiając dopytywań; jednakże wobec tego marsa, tej szorstkości podróżnego czułam się swobodna; nie ruszyłam się z miejsca, gdy ręką dał mi znak, bym sobie poszła, i oświadczyłam:

- Nie mogę pozostawić tu pana o tak późnej godzinie na tej pustej drodze, dopóki nie zobaczę, że pan może wsiąść na konia.

Spojrzał na mnie, gdy to powiedziałam; dotychczas nie wiem, czy zwrócił oczy w moją stronę.

- Sądzę, że pani sama powinna być już w domu - rzekł - jeżeli ma pani dom tu gdzieś w pobliżu; gdzie pani mieszka?

- Tam na dole; ja się wcale nie boję chodzić sama w nocy, kiedy księżyc świeci, chętnie pobiegłabym do Hay, gdyby pan sobie życzył; idę tam i tak wrzucić list na pocztę.

- Mieszka pani tam na dole?

Czy pani ma na myśli ten dom z blankami? - tu wskazał Thornfield Hall, na które księżyc rzucał mgławe światło, oświetlające dom wyraźnie i blado na tle lasu, który przez kontrast z poświatą księżycową wydawał się tonąć w gęstym cieniu.

- Tak, właśnie.

- Czyj to jest dom?

- Pana Rochestera.

- Czy pani zna pana Rochestera?

- Nie, nigdy go nie widziałam.

- A więc on tam nie mieszka?

- Nie.

- Czy może mi pani powiedzieć, gdzie on jest?

- Nie wiem.

- Pani nie jest służącą we dworze, rzecz prosta. Pani jest... - przerwał i powiódł okiem po moim ubraniu, które, jak zwykle, było nader proste: czarne wełniane okrycie, czarny filcowy kapelusz; panna służąca byłaby strojniej ubrana!

Widocznie nie mógł odgadnąć, kim jestem, dopomogłam mu.

- Jestem nauczycielką - oświadczyłam.

- Ach, nauczycielką! - powtórzył. - A niechże mnie licho, że też zapomniałem!...

Nauczycielka! - i znowu przypatrzył się mojemu ubraniu.

Po chwili wstał z przełazu; twarz skurczyła mu się bólem, gdy próbował się poruszyć.

- Nie mogę prosić pani, by mi sprowadziła pomoc - rzekł - ale może mi pani sama trochę pomoże, jeżeli pani łaskawa.

- Jak najchętniej, proszę pana.

- Czy nie ma pani przy sobie parasola, który by mi mógł posłużyć za laskę?

- Nie mam, niestety.

- Niech pani spróbuje pochwycić cugle mojego konia i przyprowadzić go ku mnie; czy pani się nie boi?

Bałabym się dotknąć konia, gdybym była sama, ale gdy mi polecił to zrobić, byłam gotowa usłuchać. Położyłam mufkę na przełazie i zbliżyłam się do wysokiego konia; starałam się pochwycić uzdeczkę, ale koń, stworzenie rozumne, nie pozwalał mi zbliżyć się do swojej głowy; próbowałam, próbowałam, ale nadaremnie; a przez cały ten czas śmiertelnie się bałam drepcących jego przednich nóg.

Podróżny czekał i patrzył czas jakiś, aż się w końcu roześmiał.

- Jak widzę - rzekł - góra nie da się sprowadzić do Mahometa, toteż jedyne, co pani może zrobić, to dopomóc Mahometowi, ażeby mógł podejść do góry; muszę panią prosić, żeby pani tu przyszła.

Przyszłam.

- Niech pani wybaczy - mówił dalej - konieczność zmusza mnie do wysługiwania się panią.

Położył ciężką rękę na moim ramieniu i opierając się na mnie dość mocno, kulejąc doszedł do wierzchowca. Raz pochwyciwszy cugle, opanował go od razu i wskoczył na siodło, wykrzywiając się przy tym strasznie, gdyż uraziło to jego zwichniętą nogę.

- A teraz - powiedział, puszczając przygryzioną wargę - niech mi pani jeszcze tylko poda szpicrutę; leży tam, pod płotem.

Znalazłam ją i podałam.

- Dziękuję, a teraz niech się pani śpieszy z listem do Hay i wraca jak najprędzej.

Pod dotknięciem ostrogi koń drgnął, wspiął się i skoczył pędem, pies za nim. Zniknęli...

Jak wrzosu gałązka, którą w pustym polu wiatr dziki wirem unosi...

Podniosłam mufkę i poszłam dalej. Zdarzenie to nie miało znaczenia dla mnie. Był to wypadek nie romantyczny, nie ciekawy, a jednak wniósł coś nowego w jedną godzinę jdenostajnego życia. Pomoc moja była potrzebna i zażądano jej ode mnie; tę pomoc dałam, byłam rada, że coś uczyniłam: choć pospolity i przemijający był ten czyn, był jednak działaniem, a mnie znużyło bierne istnienie.

A także ta nowa twarz była jak nowy obraz zawieszony w galerii pamięci; i niepodobny był do wszystkich tam wiszących: po pierwsze dlatego, że była to twarz męska, a po wtóre dlatego, że była ciemna, silna i surowa.

Miałam ją wciąż przed oczami dochądząc do Hay i wrzucając list na poczcie; widziałam ją przez cały czas schodząc szybko ze wzgórza w drodze powrotnej.

Doszedłszy do przełazu zatrzymałam się na chwilę, rozejrzałam dokoła i słuchałam, spodziewając się, że tętent kopyt końskich rozlegnie się znów na ścieżce, a jeździec w płaszczu, z psem nowofunlandzkim, podobnym do Gytrasha, stanie mi ponownie przed oczami. Ujrzałam jednakże tylko płot i wierzbę o obciętych gałęziach, nieruchomo i prosto sterczącą w promieniach księżyca; doleciał mnie leciuchny szmer wiatru błądzącego chwilami wśród drzew dokoła Thornfield, odległego o milę; rzuciwszy okiem w kierunku tego szmeru, dostrzegłam światło w jednym oknie; to mi przypomniało, że już późno, więc przyśpieszyłam kroku.

Niechętnie wracałam do Thornfield. Przejść przez jego próg znaczyło dla mnie wracać do zastoju; przebyć milczący hall, wejść po ciemnawych schodach do samotnego pokoiku, a potem spotkać się ze spokojną panią Fairfax i spędzić z nią długi wieczór zimowy, z nią jedną tylko - to znaczyło dla mnie zgnieść zupełnie lekkie podniecenie, które wzbudził we mnie spacer, skrępować z powrotem moją istotę niewidzialnymi więzami jednostajnego i nazbyt spokojnego istnienia - istnienia, którego nawet dobre strony bezpieczeństwa i dostatku przestawałam oceniać. Ile dobrego zrobiłoby mi, gdybym została rzucona w odmęt niepewności i wir walki życiowej, by wśród ciężkich i bolesnych przeżyć nauczyć się pragnąć tego spokoju, wśród którego teraz tęskniłam za czym innym! Tak jest, tyle dobrego, ile by zrobił długi spacer człowiekowi znużonemu nieruchomym siedzeniem w nazbyt wygodnym fotelu: i tak jak on zapragnąłby ruchu w swoich warunkach, tak ja go zapragnęłam w moich.

Zatrzymałam się przy bramie; zatrzymałam się na trawniku; chodziłam tam i z powrotem po brukowanej ścieżce; okiennice szklanych drzwi były zamknięte, nie mogłam zajrzeć do wnętrza; coś odciągało moje oczy i duszę od tej posępnej budowli - od tej szarej pustki pełnej ciemnych celek, bo taką mi się teraz wydała; coś mnie ciągnęło do tego nieba roztoczonego nade mną - niebieskiego oceanu bez jednej chmurki. Księżyc sunął po nim uroczyście; tarcza jego, wypłynąwszy zza wzgórz, zdawała się spoglądać coraz dalej i dalej i zmierzać ku zenitowi, czarnemu prawie w swojej otchłannej głębi, w niezmierzonej swej dali; w ślad za księżycem ciągnęły migotliwe gwiazdy, a patrząc na nie czułam drżenie serca, żar w krwi.

Drobnostki przywołują nas z powrotem na ziemię; w hallu wybił zegar; to wystarczyło, odwróciłam się od gwiazd i księżyca, otworzyłam boczne drzwi i weszłam do domu.

Hall nie był ani ciemny, ani widny, oświetlony jedynie wysoko zawieszoną brązową lampą. Jakiś ciepły blask zalewał go oraz dolne stopnie dębowych schodów.

To czerwonawe światło płynęło z wielkiego jadalnego pokoju, którego podwoje były otwarte, ukazując wesoły ogień mile oświetlający marmurowy kominek, mosiężne jego kraty, purpurowe draperie i politurowane meble. W tym świetle widać było kilka osób siedzących przed kominkiem.

Zaledwie pochwyciłam okiem ten widok, zaledwie dosłyszałam wesoły gwar głosów, wśród których odróżniłam głos Adelki, gdy drzwi się zamknęły.

Pośpieszyłam do pokoju pani Fairfax; i tam palił się ogień, ale nie było ani świecy, ani pani Fairfax. Zamiast tego ujrzałam tam siedzącego prosto na dywaniku i wpatrzonego poważnie w płomień wielkiego czarno_białego psa o długiej sierści, podobnego do tego Gytrasha z drogi polnej. Tak był do niego podobny, że przystąpiłam bliżej i zawołałam:

„Pilot!” Pies wstał, podszedł do mnie i obwąchał mnie.

Pogłaskałam go, a on zamerdał wielkim ogonem. Tak niesamowitym jednak wydał mi się stworzeniem, zwłaszcza w samotności, że nie wiedziałam, skąd się tu wziął.

Zadzwoniłam, gdyż potrzebowałam świecy, chciałam się też dowiedzieć czegoś o tym gościu.

Weszła Lea.

- Co to za pies, Leo?

- Przyjechał z panem.

- Z kim?

- Z naszym panem. Z panem Rochesterem; pan właśnie przyjechał.

- Rzeczywiście? A pani Fairfax jest z panem?

- Tak, i panna Adela także; są w jadalnym pokoju, a John pojechał po doktora, bo pan miał wypadek; koń jego upadł i pan ma nogę zwichniętą w kostce.

- Czy koń upadł na drodze do Hay?

- Tak, zstępując z góry pośliznął się na zamarzniętej kałuży.

- Ach, tak! Przynieś mi świecę, proszę cię, Leo!

Lea przyniosła mi świecę; weszła z nią i pani Fairfax, która mi powtórzyła nowiny dodając, że doktor Carter przyjechał i jest teraz u pana Rochestera. Następnie szybko wyszła, by zakrzątnąć się koło herbaty, a ja poszłam na górę zdjąć okrycie.
2010-07-19 18:44 Читать похожую статью
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • © Помощь студентам
    Образовательные документы для студентов.