.RU

PrzedśWIĄteczne zakupy • spotkanie z amerykańskim milionerem • kogo można kupić za pieniądze? • Sposób na zabicie karola • wezwanie do pani minister • mapa znaleziona na alasce • skarby wielkiej armii napoleona - старонка 9


SPOTKANIE Z ZAŁOGĄ JACHTU BYTESA • WSPÓŁCZEŚNI GLADIATORZY MIAMI • WYŚCIG O WSZYSTKO • LĄDOWANIE NA SAN DOMINGO • POZNAJEMY PILOTA AWIONETKI • CO ZROBIĆ, ŻEBY PRZEŻYĆ NA HAITI



Moody podał mi adres, gdzie miałem stawić się na walkę. Wygnał z samochodu Bruce’a i odjechał, dzwoniąc jednocześnie do kogoś.

- Zgłupiałeś? - spytał Bruce.

Willy Bytes natychmiast stanął pomiędzy mną a nim, chroniąc syna przed moim atakiem. Byłem w takim stanie, że spokojnie przyjmowałem wydarzenia i obojętne mi były opinie jakiegoś hazardzisty, wyrodnego syna milionera.

- Słyszałam, że Polacy mają jakąś dziwną fantazję, czasami nadzwyczajną odwagę, ale teraz wiem, że jest to brawura - oceniła Alison.

Wzruszyłem ramionami.

- Bruce, jeśli chcesz się na coś przydać, to powiedz, jakiego rodzaju walki organizuje Moody? - zapytałem chłopaka.

-Walki gladiatorów, przed śmiercią uchroni cię jedynie poważna kontuzja lub utrata przytomności - odparł Bruce.

- Jaką bronią trzeba walczyć?

- Na jaką cię tylko stać.

Nie rozumiałem odpowiedzi i na razie się tym nie zajmowałem. Namówiłem Bytesa i Alison, żebyśmy spotkali się z naszą przyszłą załogą.

- Tak jesteś pewien wygranej? - zdziwił się Bytes. - Dobrze, lubię takich, którzy wiedzą, czego chcą.

Pojechaliśmy limuzyną firmy Bytesa do hotelu blisko portu w Miami. Po drodze widziałem wspaniałe wille wybudowane nowocześnie, przeszklone, z odkrytymi tarasami i dużymi patio, gdzie parkowały sportowe samochody, oraz eleganckie domy utrzymane w stylu hiszpańskiej architektury kolonialnej. Zza wysokich murów wystawały jedynie klasycystycznie zakończone ryzality pałaców. Przez bramy z grubych, kutych prętów dostrzegłem limuzyny i czarnoskórą służbę. Pod palmami, na skwerach, wzdłuż plaż spacerowały, jeździły na rowerach i wrotkach śliczne dziewczyny w bikini, z których niejedna mogłaby bez trudu zdobyć Hollywood.

- Studentki - wyjaśniła mi Alison, zauważywszy moje zainteresowanie.

- Masz zdrowe odruchy - zażartował Bruce. - Jeżeli przeżyjesz, to żadna na ciebie nie zwróci uwagi. Będziesz miał twarz jak kałużę ketchupu.

- Chciałbym zauważyć, że gdyby nie twój nałóg, już dawno lecielibyśmy lub płynęli na Haiti - mruknąłem.

- Co cię obchodzą moje pieniądze! - krzyknął Bruce.

We wnętrzu limuzyny chciał rzucić się na mnie z wyciągniętymi rękoma. Bytes uderzył go w twarz.

- Paweł ma rację, a na razie to są moje pieniądze i nieprędko zobaczysz swoją kartę kredytową - powiedział wściekły ojciec. Złapał syna za koszulę na piersiach. - Słuchaj, smarkaczu, dość długów. Od tej pory za nic nie płacę. Najwyżej Moody się tobą zajmie lub wylądujesz w więzieniu. Jest mi to obojętne.

Bruce opadł na kanapę w samochodzie, jakby uszło z niego powietrze. Wkrótce zajechaliśmy do knajpy przy porcie. W białym baraku, przy plastykowych stołach siedziała gromada mężczyzn. Prezentowali wszystkie możliwe typy męskiej urody: byli grubi, brodaci, w kraciastych koszulach i czapkach baseballówkach, także Latynosi - eleganci w kwiecistych koszulkach, spodenkach, lekkich mokasynach, Kubańczycy, cisi, w białych t-shirtach z napisami „Freedom for Cuba”.

- Raider! - krzyknął Bytes.

- Tu, szefie! - odpowiedział nam mężczyzna siedzący z kolegami w rogu.

Na moment wszystkie oczy zwróciły się na nas. Raz z uwagi, że byliśmy nowi, nie pasowaliśmy do reszty, no i była z nami Alison.

- Daniec, to jest Tom Raider, kapitan naszej łajby - Bytes przedstawił mi ogorzałego mężczyznę w kraciastej koszuli z obciętymi rękawami.

Nasz kapitan miał długie włosy spięte w kucyk, opaskę w kolorach flagi Jamajki, sandały i luźne spodenki sięgające do kolan. Z jego bladoniebieskich oczu bił zimny blask kontrastujący ze spaloną słońcem skórą poznaczoną bliznami i tatuażami.

Poznałem jeszcze czterech członków załogi. Mechanikiem miał być Mongo, wielki Murzyn z mięsistymi wargami, w przepoconej koszulce, którego twarz przypominająca oblicze niemowlaka wprost tryskała radością. Bosmanem był John Tango, eks-komandos marines, który wyleciał ze służby za bójkę z oficerem. Dwaj pozostali byli jak bracia bliźniacy, mieli fioletowe nosy, nieświeży oddech, brudne ubranie, chytre oczka i ubytki w uzębieniu. Byli kumplami kapitana, razem z nim pływali po Karaibach i nazywali się Syd i Bud.

- Znamy te wody jak własną kieszeń - zapewniał Raider.

- Mam nadzieję - powiedziałem. - Zgromadziliście zapasy na drogę?

- Wszystko było spakowane, gdy przyjechało trzech napakowanych kolesi, którzy mieli pod pachami schowane UZI i nie było z nimi dyskusji - opowiadał Raider. - Przysłał ich Moody.

- Wiemy - kiwnąłem głową. - Jaki mamy jacht?

- Zobaczysz, to marzenie - po raz pierwszy w głosie Raidera usłyszałem szczerość.

Bytes zamówił typowe amerykańskie jedzenie: stek, frytki, surówki i colę. Jedliśmy planując podróż na San Domingo. Gdy nadeszła pora walki, wstaliśmy i pojechaliśmy za miasto, pod adres wskazany przez Moody’ego. Bruce i tak świetnie znał drogę, więc nie moglibyśmy zbłądzić.

- Wycofaj się, wynajmiemy jakąś łajbę na miejscu - proponował mi Bytes.

- Spróbujemy szczęścia tu, najwyżej uruchomimy plan „B” - zaśmiałem się.

Podejrzanie wyglądający typ, który pełnił funkcje strażnika, otworzył przed nami bramę i mogliśmy wjechać do posiadłości. Dwieście metrów od nas, na lekkim wzniesieniu, stał biały postkolonialny pałac z klasycystycznymi kolumnami w portalu. Po wejściu do ogromnego holu wyłożonego marmurami zostaliśmy wyprowadzeni nad basen, gdzie zebrała się widownia. Byli to bogaci Amerykanie, Latynosi, sama śmietanka miejscowego przestępczego świata.

- Witaj, Pawle! - Moody traktował mnie jak starego przyjaciela. Wyściskał mnie prezentując przy tym iście hollywoodzki uśmiech.

- Kochani - zwrócił się do zebranych pań i panów - oto komandos z Polski, który zmierzy się z niezwyciężonym Iron Brainem.

Na te słowa, przy oklaskach stałych bywalców wyszedł nam naprzeciw wysoki, potężnie zbudowany, łysy mężczyzna w dobrze skrojonym białym garniturze.

- Macie tego samego krawca? - zapytałem Moody’ego.

Ten powtórzył wszystkim mój żart. Rozległ się gromki śmiech. Atmosfera przypominała piknik w niedzielny poranek.

- Chodźmy na arenę - zaprosił nas Moody. - Przypominam, że przyjmowane są zakłady - wołał Moody. - Płacimy siedem do jednego za zwycięstwo Polaka.

Przeszliśmy około trzystu metrów do budynku dawnej ujeżdżalni. Moody podał mi do podpisania oświadczenie, w którym zapewniałem, że nie mam żadnych pretensji do Moody’ego za ewentualne obrażenia, jakie odniosę w czasie sparringu z Iron Brainem. Podpisałem i wszedłem do środka. Iron Brain, czekający tam na mnie, został w samym tylko trykocie, na którym był wyrysowany mózg, którego powierzchnię pokrywały nitowane blachy.

- W czasie starcia nie ma żadnych zasad - przypominał Moody. - Oto wasza broń! - dramatycznym gestem wskazał na dwie kurtyny, które się rozchyliły.

Stały tam dwa samochody z gatunków tych, które są używane w czasie amerykańskich rajdów na torach. W autach nie było takich gadżetów, jak reflektory, boczne lusterka i szyby, wycieraczki. Była kierownica, podrasowany silnik, pedały, fotel z metalowej siatki i potężne zderzaki.

- Ten z góry wybiera - Moody podrzucił monetę ćwierćdolarową.

Iron Brain wygrał i wybrał sobie czarnego bolida o szerokich, terenowych kołach. Mnie pozostawiono żółte, dwudrzwiowe auto z wąskimi, „łysymi” oponami. Takie ogumienie mogło faworyzować mnie w czasie wyścigów po asfalcie, na długich prostych.

- Państwa zapraszam na statek, z którego pokładu zobaczymy wyścig po Florida Avenue - Moody zwrócił się do kibiców. - To są wasi starterzy - powiedział do nas, pokazując czterech typów uzbrojonych w karabiny.

Wszyscy czterej żuli gumy, mieli ciemne okulary, czarne koszulki i złote łańcuszki. Patrzyli na nas obojętnie, jak na mięso na talerzu w czasie obiadu.

- Słyszałem, że to są walki gladiatorów - powiedziałem do Irona.

- A myślisz, że tak łatwo przeżyć? - zaśmiał się tamten. - Jeżeli ciebie nie zepchnę z drogi na latarnię, to zastrzelą cię gliny.

- Czemu?

- To nielegalny wyścig. Zatrzymasz się do kontroli i powiesz, że to niechcący? Staniesz, pójdziesz siedzieć. Na Florydzie mamy ciężkie więzienia.

Zamilkłem skonsternowany. Willy, Bruce i Alison nie mieli wyjścia i poszli na statek. Wsiadłem do samochodu i znalazłem tam mapę. Wykułem ją na pamięć. W tym czasie Iron Brain korzystał z pozostawionego nam barku, w którym były napoje chłodzące. Podszedł do mnie z coca-colą.

- Uśmiechnij się, jesteś w ukrytej kamerze - powiedział podając mi butelkę.

Zerknąłem pod sufit. Na jego środku, na wysięgniku była kamera telewizji przemysłowej. Widziałem, jak ruszył się zoom robiąc zbliżenie na moją twarz.

Po półgodzinie czekania czarni w bramie dali znak, że mamy uruchomić silniki. W ujeżdżalni rozległ się ryk naszych maszyn. Iron Brain gazował swoją zwiększając temperaturę w cylindrach. Strzał z karabinu był sygnałem do startu.

Iron ruszył zostawiając za sobą chmurę piachu. Moje łyse opony obracały się prawie w miejscu. Zmniejszyłem nacisk na pedał gazu i jadąc ze stałą prędkością wyjechałem na patio wysypane drobnymi kamykami. Tu moje opony nie łapały przyczepności, bałem się, że przebiję je. Co gorsza, Iron postanowił już teraz rozprawić się ze mną i szarżował prosto na mnie. Gwałtownie dodałem gazu i rozbijając gipsowe donice z ozdobnymi kwiatami, wjechałem na wystrzyżony trawnik.

Zarzuciło mną, ale jakoś udało mi się jechać prosto. Iron nie spodziewał się mojego uniku i z całym pędem uderzył w ścianę ujeżdżalni. Tylko kask i pasy bezpieczeństwa uratowały go od katastrofy. Myślałem, że już po nim, ale okazało się, że jego auto miało silnik z tyłu, więc oprócz zgniecionej maski nie odniosło żadnych szkód.

Przemknąłem obok basenu, koło którego opalały się dziewczyny, identyczne jak te studentki, które widziałem przy plaży. Brama na ulicę była szeroko otwarta, a pojazd Irona już widziałem we wstecznym lusterku, więc pozostało mi tylko dodać gazu.

Na początku zyskałem przewagę nad tronem, więc spodziewałem się, że wyścig upłynie mi bez większych problemów i łatwo zwyciężę. Niestety, po kilku minutach mojej bytności na drodze, jechały za mną dwa radiowozy, nie licząc tych, które już po bocznych uliczkach uganiały się za Ironem. Ktoś zauważył dwa mastodonty na drodze i zadzwonił na policję. Trzeba przyznać, że nie jechaliśmy jak potulne baranki, ale też nie byliśmy sprawcami kolizji.

Teraz moim problemem było dotarcie do mety, nim złapią mnie policjanci. Sygnały radiowozów wyły i przez to miałem swobodniejszy przejazd, bo wszyscy - widząc mnie we wstecznym lusterku - ustępowali z drogi.

Ford mondeo amerykańskiej drogówki niebezpiecznie zbliżał się do mnie, aż poczułem pierwsze uderzenie w tył. Zarzuciło mną. Zredukowałem bieg i dodałem gazu. Rozległ się pisk moich opon, uniosła się czarna chmura dymu i trochę odskoczyłem. Wjechaliśmy w dzielnicę handlową, wzdłuż której stały i supermarkety, i renomowane butiki. Wszędzie ludzie zatrzymywali się i przyglądali pościgowi.

Pierwszy huk wystrzału z policyjnego karabinu sprawił, że podskoczyłem w fotelu. Postanowiłem uciec w boczną uliczkę. Zjechałem w pierwszą z prawej strony. Po przejechaniu trzech przecznic nagle znalazłem się w dzielnicy biedy, gdzie z ohydnie brudnych baraków wychodzili mieszkańcy i patrzyli na widowisko; tutaj mogłem być pewien, że kibicują właśnie mnie. Nagle z lewej strony usłyszałem syreny, zerknąłem i odruchowo wcisnąłem gaz do dechy. W lusterku widziałem, jak Iron z gracją rozbijał maskę radiowozu jadącego za mną. Na skrzyżowaniu skręciłem wyciągając ręczny hamulec. Maszynę Irona otoczyło kilku policjantów. Za to dwa radiowozy rzuciły się za mną.

Ruszyłem i zacząłem kluczyć. Po kilku minutach dziwiło mnie, że cały czas policjanci jadą za mną i nie gubią tropu. Zrozumiałem przyczynę tego stanu rzeczy, gdy nad moim pojazdem przeleciał policyjny helikopter, potem jeszcze dwa z logo stacji telewizyjnych.

Szybko rzuciłem wzrokiem na mapę. Musiałem jeszcze przejechać około pięciu kilometrów, ale przedtem dotrzeć do głównej ulicy. Byłem tam w kilka minut i włączyłem się do ruchu przy głośnych protestach innych uczestników ruchu drogowego. Gdy wyjechałem na Florida Avenue, miałem przed sobą czteropasmową drogę wzdłuż morza. Na wodzie był tylko jeden, nieduży statek spacerowy i byłem przekonany, że widziałem tam figurki ludzi, którzy machali do mnie.

Policjanci jechali za mną, ale rozpędziłem się do ponad osiemdziesięciu mil na godzinę i mogli jedynie jechać w stałej odległości za mną. Przy tej prędkości nie miałem szans na wyhamowanie, gdyby ktoś nagle wskoczył na jezdnię lub bez uprzedzenia zmienił pas. Tam kierowcy i piesi byli rozsądni. Palmy tworzyły nie szereg drzew, tylko gęstą palisadę, reklamy sklepów nad chodnikami zlały się w wielokolorowy pasek. Nagle zauważyłem, że zbliżam się do skrzyżowania, gdzie gasło zielone światło. Musiałem hamować, jeśli nie chciałem ryzykować karambolu. Wcisnąłem hamulec. Maszyna zatrzymała się po przejechaniu około stu metrów. Jedyny plus mojej sytuacji polegał na tym, że byłem - używając języka sportowego - na „pool position”, przede mną nie było nikogo.

Wtedy do mojego auta, nim z tyłu dojechali policjanci, podbiegł Murzyn w bluzie z kapturem głęboko nasuniętym na oczy. Wyciągnął pistolet i przytknął mi go do nosa.

- Spadaj, białasie - syknął.

Posłusznie wysiadłem, a bandyta wskoczył na moje miejsce i nie zważając na ruch na drodze, skręcił w prawo. Rzuciłem kask i wbiegłem na chodnik. Policjanci musieli wszystko widzieć i jeden radiowóz zwolnił, by gonić mnie, ale szybko wbiegłem na plażę, pomiędzy palmy, krzewy agaw, budki z lodami i popcornem, w tłum nagich ludzi. Zdjąłem koszulkę i odróżniało mnie tylko to, że miałem bielszy odcień skóry niż stali bywalcy.

Szedłem wzdłuż asfaltowej ścieżki dla rolkarzy. Podjechała do mnie uroczo uśmiechnięta brunetka w stroju kąpielowym z telefonem komórkowym zatkniętym za wąski paseczek na biodrach i słuchawką podłączoną do aparatu w uchu.

- Daniec? - zapytała mnie.

- Tak - przyznałem się.

Nagle rzuciła mi się na szyję, powalając na piasek. Kilka osób zaklaskało, widząc taką oznakę miłości. Brunetka pocałowała mnie w usta, jednocześnie zerkając gdzieś w bok. Gdy oderwała swoje usta od moich, popatrzyłem w tę samą stronę. Minął nas patrol policji na quadach, czterokołowych motocyklach.

- Chodźmy - brunetka chwyciła mnie za rękę.

Poszliśmy do ulicy. Tam dziewczyna zadzwoniła po taksówkę.

- Moody gratuluje wygranej - wyjaśniła mi. - Taryfa zawiezie cię prosto do portu.

- A weksle...

- Są już we właściwych rękach. Moody jest na swój sposób uczciwy.

Brunetka obdarzyła mnie uśmiechem i odjechała.

- Fajna była, ale już jej nie ma - usłyszałem z ulicy. - Siadaj, bracie, przygoda cię czeka.

To przemawiał Jamajczyk, taksówkarz. Miał odrapany, biały wóz. W środku maszyna prezentowała się o wiele lepiej. Miała klimatyzację, świetne nagłośnienie i nużącą muzykę reggae. W pół godziny dojechaliśmy do mariny, koło jakiegoś piętrowego, przypominającego kształtem falę, hotelu. Na molo stali Willy Bytes i Alison.

- Bruce i nasza załoga już odpłynęli - poinformował mnie milioner. - Gratuluję, chłopie! Spieszmy się, nim policja na dobre rozpocznie poszukiwania zwycięzcy rajdu.

- Wszystko wiedzieliśmy w telewizji - opowiadała Alison. - To jak uciekaliście, jak złapali Irona i na koniec tego Murzyna. Obaj mogą zeznać, kto oprócz nich brał udział w wyścigu.

- Jak dostaniemy się na San Domingo, skoro jacht odpłynął?

- Polecimy tam rejsowym samolotem - powiedział Bytes. - Wszystkie formalności już załatwiło przedstawicielstwo mojej firmy.

Po godzinie odlatywałem z Miami. Z góry wyglądało imponująco, jak biała perła na złotej kolii plaż, wśród szmaragdowego morza zieleni Florydy. Lecieliśmy na południe w samolocie razem z dużą grupą amerykańskich turystów.

- Jako Amerykanie nie możemy bezpośrednio dostać się na teren Haiti - opowiadał mi Bytes. - Nasz rząd uważa to miejsce za niebezpieczne, co jakiś czas wysyłamy tam żołnierzy, żeby uspokoić sytuację. W Dominikanie czekają na nas wszystkie pozwolenia, ale poradzono nam nie zatrzymywać się na Haiti i korzystać z samolotu lub łodzi po założeniu bazy w Dominikanie.

- Będziemy pływać?

- Na miejscu znajdziemy pilota i jakąś awionetkę.

***

Po dwóch godzinach lotu wylądowaliśmy na płycie lotniska międzynarodowego „Las Americas”. Tam czekał na nas pracownik firmy Bytesa.

- Johns - przedstawił się witając nas uśmiechem.

Jego białe zęby kontrastowały z opalenizną i kolorową koszulą. Za to śnieżna barwa spodni idealnie pasowała do tropików.

- Zapraszam do samochodu - Johns pomógł nam zabrać bagaże i zaprowadził do terenowego samochodu.

Wnętrze było klimatyzowane, pojazd miał przyciemniane szyby. Zmęczony zasnąłem i pamiętałem tylko, że jedziemy do Puerta Plata, na północy, na wybrzeżu Atlantyku. Gdy obudziłem się, było już ciemno. Wjechaliśmy na patio pięciopiętrowego hotelu.

- Zarezerwowałem najlepsze miejsca - zapewniał Johns. - Pokoje z widokiem na Atlantyk, każdy ma oddzielny. W hotelu jest wypożyczalnia samochodów, kort tenisowy, dwa baseny, trzy restauracje, cztery kluby nocne, kasyno, nielimitowane soki z miejscowych owoców i wody mineralne.

Bytes zerknął na zegarek.

- Ktoś jest głodny? - skierował pytanie do mnie i Alison.

Oboje pokręciliśmy głowami.

- Johns, sprowadziłeś tu człowieka, o którego nam chodziło?

- Tak.

Johns zajął się transportem naszych bagaży do pokoi, a my poszliśmy do jednego z barów. Na nasz widok tańczący z miejscową pięknością mężczyzna przerwał taniec, pocałował dziewczynę w policzek i ruszył do nas krokiem samby.

- Harry Sword - przedstawił się. - Najlepszy pilot na Karaibach - dodał. - Macie jakąś robotę?

Był grubo po czterdziestce. Spalona skóra świadczyła, że urodził się w klimacie umiarkowanym, ale większość życia spędził tu. Miał ciemno-blond włosy, łagodne brązowe oczy, okrągłą, lekko podłużną twarz z zarysowaną, mocną szczęką.

- Byłem w lotnictwie marynarki - opowiadał Sword. - W 1975 roku zdążyłem polatać nad Sajgonem, gdy północni Wietnamczycy czekali, aż nasi zwieją z ambasady amerykańskiej. To były czasy. Potem byłem w Panamie i wtedy polubiłem te szerokości geograficzne.

- Czemu? - zapytała Alison.

- Cudowne dziewczyny, najlepsze drinki pod słońcem, ocean, słońce - Sword wyliczał na palcach. - Powiedzcie, co mogę dla was zrobić?

- Trzeba będzie polatać nad Haiti, mamy zezwolenia - zapewnił Bytes.

Sword spoważniał.

- Daleko chcecie latać do tamtych bambusów?

- W okolice St. Marc i Port-au-Prince, może Jacmel - odparł Bytes.

- To jeszcze cywilizacja - westchnął Sword - ale tam są ciężcy urzędnicy. Macie pieniądze na ewentualny wykup maszyny?

- W razie czego kupię panu nową - zapewniał Bytes. - Czemu boi się pan Haiti?

- Historia i te rzeczy... - Sword machnął ręką.

Bytes i Alison ulegli urokowi wyspy i poszli na spacer na plażę. Zostałem w barze ze Swordem. Siłą rzeczy towarzyszyłem mu popijając soki, które rzeczywiście były za darmo.

- Skąd jesteś? - zapytał mnie Sword.

- Z Polski.

Sword zmarszczył czoło.

- W którym to stanie?

- W Europie, takie państwo pomiędzy Niemcami a Rosją - cierpliwie tłumaczyłem.

- Czekaj, czekaj - Sword drapał się po czole. - Piłsudski! - krzyknął. - Mieliście takiego generała?

- Tak, to był nasz marszałek i Naczelnik Państwa.

- Fiu, daleko zaszedł na plecach mojego pradziadka - Sword pokiwał głową. - Wszyscy w mojej rodzinie byli pilotami. Pradziadek walczył w pierwszej wojnie światowej, a potem u was z bolszewikami w 1920 roku. Dziadek szkolił pilotów myśliwców w czasie drugiej wojny, a ojciec latał w Korei i na początku w Wietnamie, póki go żółtki nie zestrzeliły.

- Dostał się do niewoli? - zasmuciłem się.

- Mój stary? - Sword zaśmiał się. - Pamiętaj, synu, żaden Sword nie poddał się i nie był w niewoli. Ojciec wezwał kawalerię, a gdy okazało się, że Wietnamcy pilnują terenu i śmigłowce dostały się w ogień, na piechotę przeszedł granicę z północą i jeszcze przyniósł AK-47 z dwoma magazynkami i plakaty propagandowe Vietcongu. Rozbroił po drodze jakiegoś agitatora.

- Rzeczywiście masz chwalebny życiorys - przyznałem. - Masz żonę?

- Pilota możesz tylko pytać: „miałeś żonę?”.

- Miałeś?

- Miałem - Sword smutno skinął głową.

- Można tu wyżyć z latania?

- Gdyby można było, dalej miałbym żonę. Na szczęście miejscowe dziewczyny są w porządku.

- Powiedz, co wiesz o Haiti?

Sword wpatrywał się w butelkę miejscowego alkoholu i mówił, jakby był chodzącą encyklopedią.

- Republika Haiti, 27,8 tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni; 7,3 miliona mieszkańców, głównie Murzyni i Mulaci; dominuje religia katolicka, ale połowa katolików kultywuje także voodoo; stolica i główny port Port-au-Prince. Językami urzędowymi są francuski i kreolski. Najwyższy szczyt La Selle - 2674 metrów. Klimat równikowy wilgotny, uprawy trzciny cukrowej, zbóż, palm kokosowych, kawowca, hodowla bydła, kóz. Na miejscu nie eksploatowane zasoby boksytów, rud miedzi, złota. Właściwie ten kraj żyje z cukru, rzemiosła i turystów.

Sword odstawił butelkę, bym zobaczył etykietę, z której czytał wiadomości.

- Szkoda, że nie dodali nic o przemytnikach i piratach.

- Nie lubią turystów?

- Lubią - Sword uśmiechnął się znacząco. - Lubiłbyś ludzi, którzy okupowali twój kraj, potem zlikwidowali interesy i wyjechali zostawiając wszystko w rękach miejscowych politycznych watażków?

- Nie.

- To przyjmij dobrą radę doświadczonego człowieka: po tamtej stronie granicy ufaj tylko swojemu instynktowi.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY


2010-07-19 18:44 Читать похожую статью
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • © Помощь студентам
    Образовательные документы для студентов.